Uwierz. O dziecku, które widziało sercem | Rozmowa z Kobi Yamada
Początkowo sądziłam, że sukces książek Kobiego Yamady to wynik sprzyjającego splotu okoliczności. T r o c h ę talentu, t r o c h ę szczęścia do zespołu i t r o c h ę działania niewidzialnej ręki rynku, która popycha wybrane tytuły na szczyty list bestsellerów. Jego książki nie mają dużo tekstu, zdania się lakoniczne. Kiedy spotkałam go osobiście i poznałam jego sposób myślenia, zrozumiałam, że za jego sukcesem stoi nie splot przypadków, lecz autentyczny geniusz i wizjonerstwo. I faktycznie: czasem wystarczy t r o c h ę, by odmienić swój własny świat. Brzmi tajemniczo? W pierwszej części naszej rozmowy chciałam się dowiedzieć: Jak tworzyć książki, które poruszają i inspirują czytelników. Dziś zapraszam do dalszej cześci naszego spotkania.
Twoja nowa książka Uwierz ma inny nastrój niż Może. Rozgrywa się w zupełnie innej scenerii, a może nawet rzeczywistości… Skąd wzięła się wizja twojej nowej książki?
Gabriella Barouch, która zilustrowała te dwie książki, kocha Islandię i nordyckie klimaty. Kiedyś powiedziała, że właśnie tam jest jej dusza. Pomyślałem więc, że jeśli uczynimy ten krajobraz tłem naszej opowieści, sprawi jej to ogromną radość i pozwoli w pełni wyrazić siebie. Chciałem dodać do historii „małego towarzysza”: kogoś, kto będzie blisko głównej postaci. Krok po kroku. I tak pojawił się mały lis polarny. Gabriella od razu go pokochała.

Obrazy z książek Może i Uwierz są równoległe i komplementarne. Uwierz jest siostrą książki Może i sequelem. O czym opowiada Uwierz?
Lubię myśleć o Może i Uwierz jak o lustrach: odbijają czytelnika z powrotem ku niemu samemu. Dla jednych to książka o rodzinie, dla innych o cudach, a dla jeszcze innych – o dzieciństwie. Każdy, kto ją czyta, tak naprawdę czyta inną książkę. Dla mnie Uwierz jest książką opowiadającą o eksplorowaniu – podróży w głąb siebie, poszukiwaniu odpowiedzi i otwartości na nowe możliwości. Zaprojektowaliśmy te dwie książki tak, by dawały przestrzeń, w której czytelnik może umieścić własne doświadczenia. A kiedy już to zrobi, opowieść staje się bogatsza, bo czytelnik przynosi swoje lęki, wątpliwości i radości.
Gdybyśmy spotkali się za pięć lat i znów porozmawiali o Może, sam dostrzegłbym w niej coś zupełnie innego. Podobnie jest z Uwierz. Te dwie książki nie narzucają jednej, gotowej myśli. Czasem to, czego najbardziej potrzebujemy, to nie gotowa odpowiedź, lecz przestrzeń, by samemu coś odkryć.
Na początku książki Uwierz pojawia się magiczna kałuża. Jej magiczność polega na tym, że każdy widzi w niej coś innego, w zależności od tego, kim jest, co przeżył, co czuje i jak postrzega świat. To odbicie mówi nie tyle o samej rzeczywistości, ile o sposobie, w jaki ją interpretujemy. Motyw odbicia powraca w książce w subtelny sposób.

Wiesz, że pytania w rodzaju „dlaczego nie”, które pojawiają się w książce, są podobne do tych, jakie często słyszymy podczas terapii – zwłaszcza w nurtach poznawczo-behawioralnych? Mają w sobie energię do działania, prowokują do zmiany i otwierają nowe perspektywy.
Nie wiedziałem. Pytania takie jak „a może jednak?” czy „dlaczego nie?” są dla mnie bardzo ważne, bo stawiają cię w miejscu, które domaga się odrobiny odwagi i przygody. Otwierają też drogę do nowych wyborów.
Chcemy, aby czytelnik uczestniczył w tej książce. Bez niego jest ona niepełna. Myślę, że sama w sobie nie jest aż tak wyjątkowa, dopóki czytelnik nie pojawi się w tej opowieści.
Bo kiedy pytamy: „Co ty pomyślałabyś w tej sytuacji?” albo „Co cię zastanawia w tej ilustracji?”, twoje odpowiedzi i twoje zdziwienia będą inne niż moje. Właśnie ta różnorodność spojrzeń sprawia, że książka ożywa.

W polskim opisie książki napisałam, że Uwierz łączy w sobie nastrój Piotrusia Pana z Małym Księciem. Przenosicie nas w świat wyobraźni, w którym obowiązują dziecięce zasady, tak jak w książce Jamesa Matthew Barriego. W Uwierz nie chodzi o wiarę wyłącznie we własny potencjał, lecz o coś większego niż indywidualne marzenia i pragnienia – o więzi i relacje.
Czasem wystarczy jedna osoba, która w coś uwierzy i to, co wydawało się niemożliwe, nagle staje się możliwe. W kulturze anglosaskiej mamy takie powiedzenie: „when pigs fly”. Mówi się tak o czymś całkowicie nierealnym, czymś, co nigdy się nie wydarzy w negatywnym znaczeniu. W sensie: „Jasne, Jim zostanie mistrzem świata w tenisie… jak świnie zaczną latać” – czyli: nigdy. Kiedy pracowałem nad Może, chciałem to odwrócić. Pomyślałem: a co, jeśli świnia naprawdę poleci? W mojej głowie to właśnie symbol tego, że rzeczy niemożliwe mogą się wydarzyć. Historia zna przecież mnóstwo takich momentów. Wszystko wydawało się nie do pomyślenia, aż ktoś spojrzał inaczej. I właśnie o tym jest ta mała scena na końcu Może.
To przypomnienie, że granice często istnieją tylko w naszych głowach. I że czasem potrzeba tylko jednej osoby, która naprawdę uwierzy.
To też przypomnienie o sile towarzyszenia. O tym, jak ważne jest, by być obok kogoś, kto spełnia swoje marzenia.
Tak, bo Uwierz nie jest opowieścią zachęcającą do beztroskiej, oderwanej od rzeczywistości wiary w niemożliwe, jaką często kojarzymy z postacią Piotrusia Pana. Raczej zaproszeniem do głębszego spojrzenia na świat — takiego, które dostrzega i docenia relacje. Antoine de Saint-Exupéry, autor Małego Księcia, napisał w Citadelle, że „człowiek to splot, w którym wiążą się relacje”. W Uwierz powraca ta myśl, że wszystko, co istnieje, jest ze sobą połączone.
Relacje wymagają dwukierunkowości. Chęci do wspólnego rozwoju, rozwijania się razem, autentycznego otwierania się na siebie i pomagania sobie stawać się kimś i (czymś) więcej. Jeśli ta wymiana jest jednostronna, relacja staje się trudna do utrzymania.

W Polsce mówimy często, że dobro wraca. Jeśli jesteśmy dobrzy, życzliwi i pomocni innym, to w jakiś sposób (nie zawsze od tej samej osoby i nie zawsze od razu) ta dobroć powróci do nas. Dalej piszesz, że „nawet odrobina dobra ma znaczenie”. Akcent znaczeniowy pada właśnie na słowo odrobina. Nawet najmniejszy akt dobra, najdrobniejsza decyzja, może coś zmienić. Nazywam to „dobrym efektem motyla”. W najtrudniejszych momentach mojego życia pozostaje mi wiara, że jeden gest życzliwości, jeden okruch współczucia – mogą zmieniać moje życie o 180 stopni.
Bo naprawdę wystarczy tylko gest, okruch, kawałek. Nie potrzeba wiele.
I w gruncie rzeczy większość problemów, z jakimi zmaga się świat, mogłaby zostać złagodzona, gdyby ludzie mieli trochę wyrozumiałości, łaski i szacunku. Niewiele potrzeba. Wystarczy trochę.
Zwracasz uwagę w swoich książkach na potencjał, relacje i… percepcję. To ostatnie wydaje mi się bardzo intrygujące.
Często zakładamy, że widzimy świat takim, jaki jest, ale prawda jest taka, że każdy z nas patrzy przez swój własny filtr poznawczy. A ten filtr tworzą nasze doświadczenia, emocje, wychowanie, kultura. Wszystko, co nas ukształtowało. Możesz postrzegać nasz wspólny posiłek zupełnie inaczej niż ja. Każdy z nas ma swoją soczewkę i możemy coś zrobić, by tę soczewkę kształtować i korygować. To jest piękne.
Gabriella Barouch, ilustratorka książki, nie tylko opowiada historię wizualnie, ale też angażuje wiele procesów poznawczych: uwagę, asocjacje i wyobraźnię. Wiem, że lubi Alicję w Krainie Czarów. Scena z kałużą przypomina mi moment, gdy Alicja wpada do Morza Łez, które sama wcześniej wylała. Podobnie jak w świecie Alicji — perspektywa i skala zmieniają się w nieoczekiwany sposób.
Gabriella opowiada małe historie w ramach jednej, większej opowieści. Na jednej stronie pojawia się często subtelna wskazówka tego, co wydarzy się na następnej. To jest niesamowite. Jej ilustracje są mechanizmem narracyjnym samym w sobie. Pamiętam, że nasz zespół redakcyjny postanowił kiedyś usunąć jedną rozkładówkę z Może. Gabriella była tym bardzo poruszona, bo ta konkretna ilustracja łączyła opowieść w całość.
Może to pierwsza książka, nad którą Gabriella pracowała jako ilustratorka. Jak udało ci się ją namówić do współpracy?
To był jej debiut w świecie książek. Jej świeże spojrzenie wniosło do projektu coś bardzo osobistego. Na początku nie była pewna, czy chce się w to zaangażować. W Może zafascynowało ją to, że tekst nie opowiada jednej, konkretnej historii. Zostawia przestrzeń na interpretację czytelnika. Pozwala mu zobaczyć coś własnego. I to ją przekonało. Oddała tej książce ponad półtora roku życia. Nie pracowała wtedy nad niczym innym. Pamiętam zdjęcie jej pracowni: całe ściany pokryte szkicami. To był intensywny czas. Były łzy, frustracja, zmęczenie. Ale przy Uwierz wszystko było już inne. Gabriella znała proces, czuła się pewnie.
Uwierz jest intensywniejsze emocjonalnie. Lisek polarny wydaje się bardziej zagubiony i zalękniony niż świnka z Może. Wędrówka bohaterów jest też odważniejsza, bo prowadzi aż pod koło podbiegunowe. Czy mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić nam, co oznacza dla ciebie zakończenie?
Kiedy przekazywałem Gabrielli swoje notatki, zależało mi przede wszystkim na ukazaniu uczucia przynależności. Nie miałem na myśli domu w dosłownym, fizycznym sensie. Raczej był to wewnętrzny dom. Nie chcę jednoznacznie rozstrzygać, kim jest większa postać, która pojawia się w ostatniej scenie. Może to przyszła wersja liska… Może przodek… A może rodzic…. Odpowiedź należy do czytelnika.
Dziękuję Kobi, za twoją książkę i inspiracje. Fenomen Uwierz tkwi w tym, że zamiast podawać gotowe odpowiedzi, tworzy przestrzeń, w której czytelnik sam odnajduje własne znaczenia, emocje i marzenia.
Bardzo pokochałam tę książkę, bo uczy elastyczności poznawczej i podnosi na duchu.
Z Kobi Yamada rozmawiała Anna Kmiecik.
Być może największą wartością książek Kobiego Yamady jest to, że nie kończą się wraz z ostatnią stroną. Żyją dalej… w pytaniach, które zostają z nami na długo, i w rozmowach, które dopiero się zaczną.
Przykładowe pytania, które możesz zadać dziecku podczas lektury książki:
UWIERZ w siebie | Pytania do dyskusji i aktywności dla uczniów i nauczycieli
Przykładowe interpretacje książki:
Jak znaleźć w sobie siłę? | Inspiracje z książki „Uwierz” Kobiego Yamady i Gabrielli Barouch

